Lord Jim - Streszczenie

Powieść składa się z czterdziestu pięciu rozdziałów. Tekst poprzedzony jest dedykacją: Państwu G. F. W. Hope z wdzięcznym przywiązaniem wieloletniej przyjaźni, a także mottem: Jest pewne, że moje przekonanie staje się nieskończenie silniejsze z chwilą, gdy uwierzy w nie inna dusza – Novalis i przedmową autora. Pisarz odpowiada w niej na zarzuty krytyków stwierdzeniem, że możliwe jest snucie długich opowieści i pod tym względem rozległe partie narracyjne są jak najbardziej uzasadnione. Powieść zaczyna się charakterystyką tytułowego bohatera: Brakowało mu cal – może dwa – do sześciu stóp wzrostu, byt potężnie zbudowany, a gdy szedł prosto na kogoś, patrząc nieruchomo spode łba, z pochylonymi nieco plecami i wysuniętą głową, przypominał nacierającego byka. Glos miał głęboki, donośny; z zachowania jego przebijała jakby uparta, pewność siebie: w której nie było nic agresywnego. Urodził się na plebani. [...] Probostwo należało do rodziny już od pokoleń; Jim byt jednym z pięciu synów, a gdy naczytał się lekkiej, wypoczynkowej literatury, ujawniło się jego powołanie do służby na morzu i wysłano go od razu na „statek szkolny dla oficerów marynarki handlowej”. Nauczył się tam chodzenia po bramrejach i trochę trygonometrii. Lubiono go ogólnie. Był trzecim w nawigacji i wiosłował jako wzorowy w pierwszym kutrze. Nie podlegał zawrotom głowy, a że miał przy tym bardzo silny organizm, wykazał dużo zręczności w pracy na masztach. Jego stanowisko manewrowe było na marsie fokmasztu. Patrzył stamtąd często w dół z pogardą człowieka, który ma błysnąć odwagą wśród niebezpieczeństw. Jako syn pastora otrzymał odpowiednie wychowanie i wyposażony w system trwałych wartości wyruszył w świat z nadzieją na wspaniałe przygody i okazję, by sprawdzić się jako heroiczny, dzielny człowiek potwierdzający swoim życiem wagę otrzymanych nauk. Dalej można przeczytać wspomnienie zdarzenia na szkolnym statku, podczas praktyki, kiedy to jego koledzy brawurowo popłynęli ratować rozbitków w czasie burzy. On wtedy zawahał się i było za późno, by dołączyć do grupy śmiałków. Chociaż kapitan zrozumiał i zaakceptował jego postępowanie, a Jim lekceważąco odnosił się do przechwałek kolegów, wydarzenie to trwale zakorzeniło się w jego pamięci. Przed sobą samym tłumaczył, że jest stworzony do bardziej odpowiedzialnych i niebezpiecznych zadań. Po dwu latach, kiedy otrzymał dyplom, wyruszył na morze. Jego praca przebiegała zbyt spokojnie, by mógł realizować swoje górnolotne marzenia o odważnych czynach, zaś wypadek, po którym przebywał w szpitalu, związany był z uderzeniem belką podczas sztormu, nie z ofiarną akcją na morzu. Zwrotnym momentem w życiu Jima stało się podjęcie służby na starym parowcu „Patna”, który przewoził ośmiuset pielgrzymów: kolorowych mężczyzn, kobiety i dzieci. Przybyli z samotnych chat stojących wśród puszczy, z ludnych kampungów, z nadmorskich wiosek. Na zew idei opuścili swe lasy, polanki, opiekę swych władców, swój dobrobyt, swą biedę, krainę swej młodości i groby ojców. Przybyli okryci pytem, potem, brudem, łachmanami – mężczyźni w sile wieku na czele rodzin, wychudli starcy dążący naprzód bez nadziei powrotu; młodzi chłopcy o nieulękłych oczach, rozglądający się ciekawie, trwożliwe dziewczątka o długich , poplątanych włosach, nieśmiałe, zakwefione kobiety, które cisnęły do piersi uśpione niemowlęta, okutane w luźne końce zbrukanych zasłon – nieświadomi pielgrzymi, posłuszni surowym wymaganiom swej wiary. Po wielu monotonnych dobach rejsu, wypełnianych czasem marzeniami Jima o okazjach do wielkich czynów, dno statku zostało uszkodzone. Wypadek groził zatonięciem. Jim przypomniał sobie w tym momencie wszystkie słabości parowca – od przerdzewiałej grodzi po małą liczbę szalup ratunkowych – i zdał sobie sprawę ze śmiertelnego zagrożenia wszystkich podróżujących. Odtąd wypadki następowały po sobie bardzo szybko. Kapitan Niemiec-renegat z Nowej Południowej Walii oraz pozostali biali członkowie załogi bez skrupułów opuścili statek i gwałtownie zachęcali Jima, by również wskoczył do spuszczonej na wodę łodzi. O zdarzeniach tej nocy czytelnik dowiaduje się z relacji Marlowa, świadka w procesie, podczas którego osądzono i skazano Jima, oraz z bezpośrednio przytoczonych słów samego bohatera, wypowiedzianych podczas rozmowy w restauracji hotelowej (Marlow zaprosił go, by bliżej poznać okoliczności sprawy i zrozumieć motywy działania tego wzbudzającego zaufanie młodzieńca). Jim postanawia pomóc pielgrzymom uwalnia z umocnienia pozostałe lodzie, ale równocześnie zastanawia się nad reakcją ludzi, dla których braknie w nich miejsca. – Nie mogłem uciekać – zaczął Jim. Kapitan uciekł, niech mu tam. Ja nie mogłem i nie chciałem. Wszyscy oni wykręcili się z tego tak czy owak, ale mnie to nie przystoi. Jest w sytuacji niezwykle trudnej, zdaje sobie sprawę, że nie będzie w stanie uratować wszystkich podróżnych. Zapewnił mnie, że nie chciał się ratować. Jedna tylko wyraźna myśl to przychodziła mu do głowy, to znikała: ośmiuset ludzi i siedem łodzi; ośmiuset ludzi i siedem łodzi. – Ktoś mówił głośno w mojej głowie powiedział trochę nieprzytomnie. – Ośmiuset ludzi i siedem łodzi, i ani chwili czasu! Niech pan się tylko zastanowi. Pochylił się ku mnie nad małym stolikiem, a ja usiłowałem uniknąć jego wzroku. – Czy pan myśli, że balem się śmierci? – zapytał bardzo cicho i zapalczywie. Opuścił na stolik otwartą dłoń z taką silą, że filiżanki od kawy podskoczyły. – Przysięgam, że nie... Nie, na Boga! – Wyprostował się i skrzyżował ramiona; głowa mu opadła na piersi. Wywołany w umyśle obraz ludzi topiących się wzajemnie w oszalałych próbach ratunku, gwałtowne okrzyki zachęcające do ratowania własnego życia, moment słabości i przerażenia decydują o opuszczeniu przez oficera tonącego statku. Zaraz po skoku zdaje sobie sprawę z potwornego czynu – opuścił bez udzielenia pomocy powierzonych jego opiece, nieświadomych sytuacji pielgrzymów. Może i nie bał się śmierci, ale wiecie, co wam powiem? – bał się krytycznej sytuacji. Przeklęta wyobraźnia roztaczała przed nim całą okropność panicznego popłochu: gwałtowny pęd ludzi tratujących wszystko po drodze, żałosne krzyki, tonące łodzie – straszliwe okoliczności towarzyszące wszelkim katastrofom na morzu, o jakich kiedykolwiek słyszał. Może i pogodził się z myślą o śmierci, ale podejrzewam, że chciał umierać bez tej strasznej grozy, spokojnie, jak gdyby ich m transie. Jim naruszył prawo morskie i wystąpił przeciwko podstawowym zasadom etyki i honoru. Nie może przestać myśleć o tym co zrobił, jest niespokojny, nie chce więcej uciekać, sam domaga się kary, chociaż pozostali członkowie załogi nie stawili się na procesie. W towarzystwie Marlowa na nowo rozpamiętuje kolejne sekundy od nagłego szarpnięcia statkiem do opuszczenia go i ucieczki. Czuje się jak łotr, dla którego nie ma usprawiedliwienia, ale jednocześnie pragnie, by ktoś go wysłuchał i zrozumiał. Wszystko polega na tym, żeby człowiek był w pogotowiu. Ja nie byłem; nie byłem – wtedy. Nie chcę się usprawiedliwiać; ale tak bym chciał wytłumaczyć, tak bym chciał, żeby ktoś zrozumiał, ktokolwiek, choćby tylko jeden człowiek! Pan! Dlaczegóżby nie pan? Kapitana, oficera i dwóch mechaników z tonącej „Patny” ocaliła załoga „Avondale”, zaś uszkodzony statek z kilkusetosobową grupą pasażerów doholował do brzegu okręt francuski. Wypadek zakończył się uratowaniem tych ludzi, co w żadnym razie nie zwalnia Jima od odpowiedzialności. Czuje do siebie wielką niechęć i obrzydzenie, sam nie może pojąć jak mógł zareagować w ten sposób, dlaczego opuścił zagrożonych śmiercią ludzi, którzy zawierzyli fachowości i etyce białych. Swoim czynem zrównał się z pogardzanymi przez siebie członkami załogi – ludźmi skłonnymi do opilstwa i jakichś ciemnych interesów. Według prawa Jim ponosi odpowiedzialność za porzucenie na morzu tonących. Wzbudza jednak sympatię składu orzekającego. Sędzia Brierly dyskretnie sugeruje Marlowowi, by skłonił go do ucieczki, jednak propozycja ta zostaje natychmiast odrzucona – Jim postanawia odbyć karę (przynajmniej tyle może teraz zrobić, by ratować nadwątlony honor). Sąd pozbawia oskarżonego dyplomu oficerskiego, ale to nie uspokaja jego sumienia. Jim odsłania przed Marlowem swoje myśli, rozterki, komentarze. Można dostrzec wielką złożoność psychiki ludzkiej nie poddającej się tak łatwym osądom i wyrokom, jakie zapadają na salach sądowych, gdzie rozważa się tylko konkretne, widoczne, udowodnione fakty. Poruszony skruchą Jima i honorowym stawieniem się na procesie Marlow postanawia pomóc pozbawionemu możliwości wykonywania zawodu, surowemu wobec siebie skazanemu. Nie będzie mógł wrócić do rodzinnego domu – z takim obciążeniem winą nie może pokazać się ojcu, zacnemu, szanowanemu człowiekowi o nieposzlakowanej opinii. W tym stanie psychicznym, roztrząsając ciągle elementy tamtych zdarzeń, Jim mógłby – obawia się Marlow – całkowicie się załamać. Dzięki listowi polecającemu do przyjaciela Marlow pomaga Jimowi znaleźć pracę, którą porzuca jednak po kilku miesiącach, gdy nieoczekiwane spotkanie drugiego mechanika z „Patny” na nowo rozjątrza ranę. Kolejne miejsce zatrudnienia (akwizytor w firmie dostawców okrętowych Egströma i Blake' a) z podobnych powodów jest tylko tymczasowym wytchnieniem od wspomnień. Kolejne porty, nowi ludzie i te same myśli, które na skutek rożnych bodźców wracają jak bumerang, zmuszają Jima do nowych zmian i podroży. Marlow nadal interesuje się losem byłego oficera z „Patny”. Po kolejnym spotkaniu z nim postanawia udać się po radę do przyjaciela Steina, który zarządza siecią handlową posiadającą swoje placówki w różnych portach, mając nadzieję, że jako człowiek wrażliwy, kolekcjoner chrabąszczy, idealista i marzyciel, z pewnością zrozumie trudną sytuację Jima. Niedługo potem Jim otrzymuje propozycję objęcia posady dyrektora stacji handlowej, którą dotąd zarządzał człowiek o nie najlepszej opinii – Portugalczyk Cornelius. Nowym miejscem jest Patusan, egzotyczna wyspa położona w Archipelagu Malajskim, zamieszkiwana przez dzikie plemię Bugisów. Wyposażony w oficjalny list do Corneliusa odwołujący go ze stanowiska oraz srebrny pierścień (rodzaj poręczenia) dla Doramina (naczelnika plemienia) Jim z nowymi nadziejami i marzeniami wyrusza w podróż do tajemniczej krainy. Kiedy przybył, społeczność Bugisów była w niezmiernie ciężkiej sytuacji. – Bali się wszyscy – opowiadał mi Jim – każdy się bal o swoją skórę; a ja widziałem jak na dłoni, że muszą natychmiast coś zrobić, jeśli nie chcą zmarnieć jeden za drugim, między radżą i tym włóczęgą Szarifem. – Ale zrozumieć położenie to było jeszcze mało. Kiedy już powziął swój projekt, musiał go wbijać w oporne umysły, przezwyciężając zapory strachu i samolubstwa. Udało mu się wreszcie. To też było mało. Trzeba było obmyślić sposób działania. Jim ułożył plan bardzo śmiały; a i wówczas jeszcze zadanie było rozwiązane dopiero w połowie. Musiał natchnąć swoją wiarą wielu ludzi, którzy mieli ukryte lub bezsensowne powody do trzymania się na boku; musiał załagodzić niedorzeczne zawiści i wyperswadować głupie wątpliwości wszelkiego rodzaju. Nie byłoby mu się udało, gdyby nie powaga, jaką się cieszył Doramin, i gdyby nie ognisty zapał jego syna. Patusan okazuje się wyspą targaną różnymi niepokojami i walkami. Doramin nie potrafi ujarzmić radży Tunku Allanga, wyjątkowo chciwego i niegodziwego człowieka, który stale zagraża bezpieczeństwu tubylców. Uwięziony Jim postanawia uciec i przedostaje się do Doramina. Pierścień ułatwia mu zdobycie zaufania najważniejszej osoby na wyspie. Innym problemem P horyzontach intelektualnych i miernej uczuciowości. Jednostki wybitne, indywidualiści są zawsze w mniejszości. Nie walczą – są na to zbyt dumni, nie poniżą się także do jakichkolwiek układów z bezbarwnym, szarym tłumem. Wolą śmierć i zapomnienie. Wiersz może być także interpretowany jako opis walki pokoleń. Trzeba jednak pamiętać, że Asnyk, jako jeden z nielicznych twórców tego okresu, potrafił obiektywnie ocenić zalety i wady ideologii tak romantyków, jak i pozytywistów. Zdawał sobie także sprawę z ciągłości procesu historyczno-literackiego i wiedział, że również pozytywiści znajdą się w roli pokolenia odchodzącego w przeszłość. Dlatego poeta stronił od ocen tych dwu pokoleń i próbował godzić antagonistów, co wyraźnie można odczytać w wierszu Do młodych. Daremne żale, próżny trud... Utwór Adama Asnyka Daremne żale, próżny trud ... jest wyrazem nowego światopoglądu i nowej postawy filozoficzno-życiowej poety. Wiersz ma charakter apelu, skierowanego przez Asnyka do takich jak on romantycznych idealistów, epigonów minionej epoki (mianem epigona określa się kogoś, kto głosi nieaktualne, przebrzmiałe już hasła, poglądy). Asnyk, zwracając się do nich „wy”, dzieli się z nimi swoimi refleksjami historiozoficznymi. Uświadamia romantykom, że pewne procesy historyczne są nieuchronne, że ideały romantyczne należą już do przeszłości: „Przeżytych kształtów żaden cud Nie wróci do istnienia” Żaden człowiek, ani nawet grupa ludzi, nie może zmienić naturalnego biegu historii. Rozwój świata i dokonujący się we wszystkich dziedzinach życia postęp uniemożliwiają bierne przyglądanie się otaczającej rzeczywistości. Nikomu nie może się udać próba zahamowania biegu dziejów: „Świat wam nie odda, idąc wstecz, Zniknionych mar szeregu; Nie zdoła ogień ani miecz Powstrzymać myśli biegu”. Romantycy sami muszą dokonać teraz wyboru, być może najtrudniejszego w ich życiu. Mogą pogodzić się z nową rzeczywistością i wziąć udział w tworzeniu przyszłego, lepszego być może świata, mogą też upierać się przy swoich starych założeniach i przebrzmiałych ideałach, „w uwiędłych laurów liść / z uporem stroić głowę”. Sam Asnyk już wybrał. Wyraźnie wskazują na to jego słowa, wypowiadane tonem rozkazującym, bardzo kategorycznym: